sobota, 16 września 2017

Co zyskałam dzięki licznemu udziałowi w konkursach? Czego mnie to nauczyło?

Co zyskałam dzięki licznemu udziałowi w konkursach? Czego mnie to nauczyło?
Od momentu gdy założyłam instagrama i fanpage, dostawałam od koleżanek zaproszenia do konkursów. Zawsze sobie to olewałam, ponieważ byłam tego zdania co większość społeczeństwa, tzn. w mojej głowie rozbrzmiewał głos, który mówił "daj sobie spokój, szkoda czasu i tak nic nie wygrasz."

Pewnego dnia zaczęłam obserwować profil sklepu sprzedającego buty. I tam dziewczyny zorganizowały konkurs, w którym pierwszy raz wzięłam udział. Jak zwykle byłam sceptycznie nastawiona ale postanowiłam, że jak nie zaryzykuje to się nie przekonam.

I wiecie co? Los się do mnie uśmiechnął i wygrałam wtedy, przepiękne czerwone szpileczki oraz cudowną eko torbę na zakupy. Konkurs odbył się na instagramowym profilu sklepu. Tutaj macie link do tego sklepu Brilu, a tutaj ich instagrama oraz fanpage.





Na instagramie @brilupl nadal trwa akcja pod tytułem #wbutachbrilu w której do wygrania są naprawdę atrakcyjne nagrody. Na czym ta zabawa polega? A no na tym, że gdy kupicie buty właśnie w tym sklepie i dodacie w nich zdjęcie na instagramie oraz oznaczycie profil sklepu i dodacie hasztag #wbutachbrilu to dziewczyny co miesiąc wybierają osobę, która dostanie od nich prezent. Ja kupiłam u nich przepiękne, również czerwone Sneakersy, które są mega wygodne!


Ale przejdźmy może do kolejnej historii. Po tym wygranym konkursie postanowiłam wziąć udział w kolejnych. Niestety nie udawało mi się, mimo tego iż naprawdę się starałam. Tak więc łatwo można się domyśleć, że znów zrezygnowałam. Ale jak zapewne się domyślacie nie trwało to długo.

W kolejnym konkursie, w którym brałam udział do wygrania była książka Richard Paul Evans "Ścieżki nadziei," konkurs został zorganizowany przez jedną z blogerek książkowych z profilu Między Słowami. Co prawda nie wygrałam konkursu lecz książkę dostałam, a to tylko dzięki uprzejmości jednej z dziewczyn, która konkurs wygrała ale miała już tą książkę więc w porozumieniu z organizatorką konkursu postanowiła przekazać tę książkę właśnie mnie. Za co ogromnie dziękuję! Jeszcze są na tym świecie naprawdę sympatyczni ludzie.


Następny konkurs sprawił, że mogłam podarować prezent swojej ukochanej, drugiej połówce. Dlaczego wygraną przekazałam swojemu mężowi, a nie zostawiłam jej sobie? Dlatego, iż wygraną w konkursie były spinki do mankietów. Konkurs zorganizowała firma DreamWedding oraz e-spinki. Zachęcam was również do zajrzenia na stronę e-spinki.pl gdyż mają tam naprawdę bardzo szeroki wybór spinek do mankietów i krawatów!


Niestety w konkursach, również zdarzają się niemiłe sytuacje, więc trzeba uważać u kogo bierze się udział i czy na pewno warto. Akurat ta historia zakończyła się pozytywnie, aczkolwiek swoje musiałam wywalczyć. A co dokładnie się stało? Zaraz się dowiecie.

W przed ostatnim konkursie, w którym brałam udział można było wygrać "pakę książek" u mnie akurat miały to być książki miłosne bo właśnie taki rodzaj literatury mnie interesował. Po wygraniu konkursu dziewczyny poprosiły nas o podanie na maila swoich adresów w celu wysłania nagrody. Tak też zrobiłyśmy. Niestety minął miesiąc a ja nadal nie miałam swojej paczki książek, więc grzecznie napisałam do organizatorek konkursu.

Niestety najpierw dostałam odpowiedź, że to nie od nich zależy tylko od wydawnictwa. Następnie gdy do dyskusji włączyły się inne zwyciężczynie, które również nie otrzymały nagrody okazało się, że nie miała to być "paka książek" tylko jedna książka a do tego miała być dołożona czekolada. Co oznaczało, że nazwa w cudzysłowiu to tylko taki chwyt blogerek by więcej osób się zainteresowało, co według mnie jest dość słabe.

Później owe blogerki twierdziły, że paczkę wysłały ale listem zwykłym więc być może zaginęła. Co dodatkowo mnie zaciekawiło i mi nie pasowało bo przecież paczki podobno miało wysyłać wydawnictwo. Co się później okazało większość dziewczyn musiało za niektóre swoje wygrane jeszcze zapłacić lub opłacać koszt wysyłki co według mnie również jest nie na miejscu.

Koniec końców, po walczeniu o swoje, książkę otrzymałam ale nie tą co miałam dostać tylko inną. Ale cieszę się, że w ogóle dostałam. Z tego co wiem to większość dziewczyn się poddało, a szkoda. Zapytacie zapewne dlaczego się wykłócałam? Nie chodziło tu o to, że koniecznie chciałam mieć tą nagrodę. Chodziło raczej o to że osoby, które dany konkurs zorganizowały powinny być uczciwe i zamiast robić 200 konkursów mogły zrobić, np 50 skoro wiedziały, że nie mają tyle funduszy. A nie zrobiły konkursy i kazały płacić za nagrody. Przynajmniej takie jest moje zdanie.

To właśnie wygrana książka.

Nie będę tu pisała, kto był taki nieuczciwy, bo nie na tym to polega. Po prostu chciałam was ostrzec, bo jak sami widzicie, są też nieuczciwi ludzie. Koniec końców wszystko skończyło się dobrze i co najważniejsze, nie zniechęciło mnie to do brania udziału w kolejnych konkursach.

Potem bardzo długo nie brałam udziału w konkursach, a jak już brałam to nie wygrywałam. Ale kilka dni temu dowiedziałam się że wygrałam w konkursie, który organizował Joy. Do wygrania była słynna już książka Deynn i Majewskiego pod tytułem "Trening życia." Ogromnie się ucieszyłam, gdy dowiedziałam się, że wygrałam. Nie mogę doczekać się kiedy zacznę ją czytać. Postaram się podzielić z wami opinią na jej temat zaraz po tym jak ją przeczytam.

Źródło: Google

Tak wyglądało moje zdjęcie konkursowe.

To by było na tyle jeśli chodzi o same konkursy. Jeśli brałam jeszcze w jakichś udział i wygrałam to zapewne nie pamiętam o nich bo nie sposób wszystkich zapamiętać. A czego mnie to wszystko nauczyło?


  1. Nie należy poddawać się zaraz po pierwszym nie udanym konkursie bo jak nie wygrałaś/eś tego to być może wygrasz następny.
  2. Należy walczyć o swoje.
  3. Uważaj na nieuczciwych ludzi, którzy organizują konkursy.
  4. Nie bierz udziału, w każdym konkursie jaki ci wpadnie tylko w takich, które naprawdę Cię interesują.
  5. Warto wierzyć w siebie i swoje umiejętności.
  6. Jak nie spróbujesz to nie przekonasz się czy warto.
  7. Cierpliwość popłaca.
Domyślacie się może co najbardziej lubię w konkursach? To, że niektóre firmy wymyślają takie zadania, dzięki którym możemy pobudzić swoją wyobraźnię, pochwalić się cudownym zdjęciem zrobionym przez siebie. W ten sposób uczymy się również współzawodnictwa. No i oczywiście jak sami widzicie można wywalczyć naprawdę wspaniałe nagrody. Dzięki nim poznałam też dużo fajnych, przyjaznych ludzi, którzy kibicują mi do tej pory z całego serca. Dziękuje!

Mam nadzieje, że tym wpisem przekonałam was do brania udziału w takiej formie rozrywki. Napiszcie mi również co wy myślicie o tego typu "wyścigu szczurów" oraz czy uważacie, że warto brać udział w konkursach czy jednak nie?

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Podsumowanie wyzwania #FitSummerChallenge

Podsumowanie wyzwania #FitSummerChallenge
Pewnie was to zdziwi a może i nie, ale nigdy nie miałam problemu ze swoim ciałem. Zawsze mogłam zjeść mega dużo, dodatkowo objadałam się różnymi niezdrowymi przekąskami i fast foodami, a mimo to moja waga non stop stała w miejscu i nic nie było po mnie widać gdyż byłam mega szczupła.

Wszystko się zmieniło odkąd zaszłam w ciąże. Co prawda nie tyłam bo waga podniosła się minimalnie, ale za to rósł mi brzuszek i ciągle byłam głodna więc bardzo dużo i często jadłam. Zaraz po tym jak moja córeczka pojawiła się na tym świecie czułam, że coś jest nie tak.

I było, a mianowicie stało się tak jak przypuszczałam czyli mimo tego iż waga wróciła do czasów z przed ciąży (45kg) to mój brzuch wyglądał tragicznie. Po prostu została mi po ciąży jedna wielka oponka, której nie umiałam się pozbyć.

Jakiś czas później mąż namówił mnie na bieganie, troszkę się tego obawiałam gdyż przecież nie ćwiczyłam odkąd skończyłam szkołę, a po za tym w przeszłości miałam problemy z sercem więc bardzo szybko się męczyłam.

Dodatkowo moim odwiecznym problemem jest to że nie cierpię zwykłej wody, wolę zastępować ją sokami a kiedyś nawet napojami gazowanymi, z którymi de fakto już się rozstałam. A napoje typu: Pepsi owszem wypije ale tylko podczas ważnych okazji. Więc sami rozumiecie, że nie za dobrze jest biegać i nie pić wody.

Niestety bieganie odpuściłam, wiecie że tak naprawdę ciężko mi policzyć na palcach jednej ręki ile razy zrezygnowałam z ćwiczeń? Zawsze było coś, jak nie to że nie lubię wody, to to że mi się zwyczajnie nie chce lub wykręcałam się tym, że córka nie śpi i trzeba się nią zająć.

Taki mieliśmy przepiękny zachód słońca podczas biegania!

Zaraz potem razem z mężem postanowiliśmy jeździć na rowerach i tu pojawił się kolejny problem gdyż ja swojego roweru nie miałam, a przez jakiś czas również nie miałam od kogo go pożyczyć. Ale w końcu się udało. Mój rekord rowerowy to 25 km. Dacie wiarę?

Dodatkowo mąż polecił mi bym założyła konto w aplikacji Endomondo. Po założeniu konta wzięłam udział w kolejnej akcji zorganizowanej przez T- mobile. Akcja nosi nazwę Pomoc Mierzona Kilometrami. O akcji możecie przeczytać tutaj. To właśnie ta akcja na szczytny cel była dla mnie dodatkową motywacją. Za każdym razem gdy szłam pobiegać, pojeździć na rowerze czy zwyczajnie pospacerować z córką to włączałam endomondo i nabijałam kilometry dla chorych dzieci.



Aż pewnego dnia natrafiłam na akcję zorganizowaną przez Siostry Bukowskie. Pati i Marsi nagrały film z ćwiczeniami i poprosiły chętne osoby o dołączenie do ich wakacyjnego wyzwania, które nosiło nazwę #FitSummerChallenge. 


Pół żartem, pół serio. :P

Wyzwanie polegało na tym, iż 3 razy w tygodniu należało wykonywać ćwiczenia, które nagrały dziewczyny na YouTube. A w każda niedzielę Siostry Bukowskie robiły Live na którym mogłyśmy ćwiczyć razem z nimi co dawało w tygodniu 4 dni ćwiczeń. Wyzwanie trwało równy miesiąc. W połowie miesiąca za naszą namową, siostry dodały kolejny filmik z kolejnymi ćwiczeniami - filmik na płaski brzuch znajdziecie TU. 2-3 tygodnie później dziewczyny poinformowały nas, iż w Warszawie odbędzie się wielki finał właśnie tego wyzwania. Na co ogromnie się ucieszyłam!

Moje wyzwaniowe poczynania mogliście obserwować na moim instagramie lub fanpage'u. Finał akcji odbył się w sobotę 29 lipca o godzinie 16 w klubie La Playa w Warszawie. Jakoś po 13 wyjechałam z mężem z Przasnysza w stronę Warszawy w celu przybycia na wielki finał. Z instagrama dowiedziała się co dziewczyny dla nas przygotowały.


Po dotarciu na miejsce mieliśmy mały problem z zaparkowaniem auta ale udało się. Powiem wam, że miejsce bardzo mi się spodobało. Miało w sobie jakiś taki urok i ten klimat. Od samej bramy szło się jak gdyby takim mostkiem, a wszędzie indziej był piasek więc automatycznie czuło się jakby było się na plaży. Na owej "plaży" Porozkładane były leżaki a niedaleko nich stały stoliki z palmami. Natomiast w oddali podziwiać można było płynącą Wisłę, a po jej drugiej stronie Warszawską Starówkę.

Gdy weszliśmy do pomieszczenia z kanapami gdzie można było zostawić swoje rzeczy, zobaczyłam biegnącą w moją stronę Pati z ogromnym uśmiechem, który już na samym wejściu dał mi ogromnego kopa motywacyjnego! Po Przywitaniu się weszliśmy z mężem do owego pomieszczenia zostawić torby. Dostałam również koszulkę od sióstr, którą niezwłocznie założyłam.

W tymże pomieszczeniu znajdował się stół, na którym stały przygotowane przekąski wykonane przez Siostry Bukowskie. Następnie zostaliśmy poproszeni o zebranie się na scenie by Pati i Marsi mogły rozdać nam dyplomy ukończenia wyzwania! I właśnie wtedy poznałam Marsi. Dyplomy były przepiękne. <3





video

video

Kolejnym punktem programu była przerwa na pogaduszki przed treningiem. Niestety ale tu polecą z moich ust słowa krytyki, gdyż dziewczyny się napracowały by wielki finał był wspaniały ale niestety parę osób to popsuło. Po pierwsze to zdjęć stołu nie mam gdyż najpierw potrawy zostały przykryte serwetkami by żaden robak się do nich nie dostał co w 100% popieram, ale gdy dziewczyny odkryły już stół to niektóre panie tak się rzuciły na jedzenie jakby za przeproszeniem jedzenia nie widziały.

Być może dziewczyny myślały, że mają zjeść tyle aż się najedzą. Nie pomyślały jednak o tym że są to tylko przekąski i raczej każdy chciałby ich spróbować. Tak więc jedyne co udało mi się spróbować to przepyszny deser w pucharku. Nie załapałam się na babeczki ani tym bardziej na soki Chias, nie wspominając już o innych pysznościach, które znajdowały się na stole, a zniknęły w trybie zastraszającym.

video

Dodatkową atrakcją było to, iż na wydarzeniu swoje stanowisko miała firma Natural Mojo. Na ich stanowisku mogliśmy zapoznać się ze znanymi już produktami. Przede wszystkim są to białka do picia lecz również słoiczki do koktajli i wiele innych produktów. Wszystkie składniki, które się w nich znajdują są starannie wyselekcjonowane. Na temat ich innych produktów możecie poczytać TUTAJ.

Cieszę się, że właśnie ich stanowisko się tam znalazło, gdyż od jakiegoś czasu zastanawiam się nad kupnem ich produktów, a własnie wtedy miałam okazję ich spróbować więc nie muszę już kupować czegoś w ciemno. Co dla mnie jest dodatkowym plusem.


Po przyjemnościach przyszedł czas na wspólny trening. Ustawiliśmy się w rzędach i czekaliśmy. Pierwszą część treningu poprowadziła Marsi, a drugą Pati. Nie powiem, że było łatwo bo nie było. Dziewczyny dały nam naprawdę duży wycisk. Trening trwał około 40 minut.

Na zakończenie był czas oczywiście na zdjęcia i autografy. Zapomniałabym dodać, że przed treningiem były jeszcze małe pogaduszki z siostrami. Na samiutki już koniec Siostry Bukowskie wręczyły nam jeszcze upominki. Strasznie się ucieszyłam gdy okazało się iż znajduję się wśród trzech wyróżnionych dziewczyn! Nie spodziewałam się tego ale byłam dumna, że ktoś docenił moje zaangażowanie i starania! DZIĘKUJE <3

Razem z mężem, który ćwiczył ze mną dostaliśmy naprawdę świetne prezenty, które jak najbardziej przydadzą nam się w dalszym trenowaniu.

video










video

prezenty! <3

Tak jak już wspominałam wam na instagramie tak powiem to też tutaj: a mianowicie z wielkiego treningu wyjechaliśmy nie tylko z wielką dawką pozytywnej energii i prezentami ale też z ogromną motywacją i inspiracją. To dzięki takim ludziom jak Siostry Bukowskie i mój mąż zrozumiałam, że jeśli coś sobie postanowimy to nie ma opcji by nam nie wyszło.

A wiecie co było najwspanialszego co mnie spotkało tego dnia? Tym czymś nie były prezenty, ani nawet spotkanie sióstr tylko to że mogłam zobaczyć w oczach mojego męża, iż rozpiera go duma. Duma, że ma żonę, która wytrwała. Żonę, która się nie poddała i nie odpuściła! Tego również nauczyło mnie to wyzwanie. Teraz wiem na pewno, że jeszcze nie raz wezmę udział w niejednym wyzwaniu tego typu.

Co prawda na efekty trzeba jeszcze poczekać, aczkolwiek już teraz mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że moje ciało w jakiś sposób się zmieniło. Jeszcze raz dziękuje i życzę powodzenia i dalszych sukcesów wszystkim dziewczynom i chłopakom, którzy byli tam razem z nami! Buziaki :*

P.S. Mam dla was również kod rabatowy na produkty firmy Natural Mojo. Po wpisaniu kodu: FITSUMMER na stronie www.naturalmojo.pl otrzymacie 25% zniżki.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Urodzinowa niespodzianka czyli wyprawa w ruiny parku w Arkadii oraz zwiedzanie Stolicy.

Urodzinowa niespodzianka czyli wyprawa w ruiny parku w Arkadii oraz zwiedzanie Stolicy.
W marcu miałam urodziny, z tej okazji mąż zabrał mnie na po urodzinową wycieczkę do miejsca, w którym sam de fakto nigdy nie był. Domyślam się, że padnie teraz pytanie: "ciekawe jak wpadł na to miejsce?"

Nie  martwicie się właśnie mam zamiar wam na nie odpowiedzieć. A było to własnie tak...
Zacznijmy od tego iż mój mąż jest fotografem ślubnym ale nie tylko. Któregoś dnia pojechał do swojej znajomej u której miał robić zdjęcia na chrzcinach i w pewnym momencie zerknął na ścianę na której wisiała ramka ze zdjęciami, jak się później okazało były to zdjęcia z sesji ślubnej, które zostały zrobione właśnie w parku na tle ruin.

Arkowi tak spodobały się te zdjęcia, iż postanowił zabrać mnie w tamto miejsce, a akurat moje urodziny były najlepszą ku temu okazją.

W pierwszy weekend zaraz po moich urodzinach wstaliśmy wcześnie rano i wyruszyliśmy w podróż, Lili została w tym czasie z dziadkami. Z Przasnysza do Arkadii jest zaledwie 137 km, natomiast z Warszawy do Arkadii jest tylko 80 km więc całkiem nie daleko by zobaczyć naprawdę przepiękne miejsce.


Zacznę może od tego, że gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się iż niedaleko Arkadii znajduje się miejscowość Nieborów, w której jest muzeum oraz pałac lecz nas bardziej interesowały owe ruiny. Po wejściu na teren parku trzeba było kupić bilet, który kosztował nas ok 12 zł za osobę. Następnie ochroniarz skasował nam bilety czyli po prostu lekko je przedarł, dopiero wtedy mogliśmy ruszać na spacer po tym urokliwym miejscu.

Na samym początku zaraz przed nami znajdował się staw, akurat zdjęć stawu nie udało nam się zrobić, gdyż musielibyśmy robić zdjęcia pod światło(ja zrobiłam zdjęcie tego stawu, lecz czy się udało oceńcie sami). Arek postanowił, że do stawu wrócimy później więc postanowiliśmy iść w prawo. W połowie drogi naszym oczom ukazały się przepiękne ruiny Akweduktu, między kolumnami płynęła woda więc zrobiliśmy naprawdę magiczne zdjęcia. Natomiast na przeciwko tychże ruin znajdował się kolejny stawek.


Zdjęcie stawu robione pod światło.













Mój mąż zachwycał się parkiem jak i ruinami równie mocno jak ja gdyż tak jak mówiłam nigdy tam nie był. Po za tym podobało mi się to, ponieważ było to miejsce które mogliśmy odkryć razem, a nie na zasadzie "pokazywania miejsca, że już tam byłem." Może dlatego było to dla mnie jeszcze bardziej magiczne.



Następnie podążając szlakiem dotarliśmy do Przybytku Arcykapłana a raczej jego ruin. Tam znalazłam przepięknego motyla uwięzionego w oknie. Zrobiłam mu nawet zdjęcie ale idealnie ono nie wyszło gdyż odbijał się telefon w szkle więc mąż postanowił mi je lekko poprawić by powstał niesamowity efekt.












Zaraz obok przybytku znajdował się mur, który również został lekko nad niszczony z powodu upływu czasu, a może nawet czegoś innego. Idąc dalej ukazały nam się mury Domku Gotyckiego, który znajdował się na tak jakby górce, a zaraz obok mogliśmy podziwiać łuk kamienny. Po drugiej stronie na dole góry czyli tak jakby pod domkiem gotyckim znajdowała się wzniesiona z polnych głazów Grota Sybilli, niestety było to chyba niebezpieczne miejsce, gdyż do groty nie można było wejść ponieważ jej wejście zostało zastawione furtką, a mała wieżyczka, która znajdowała się nad grotą została przykryta bodajże niebieską folią.












Wracając z tamtej części parku znów musieliśmy przejść przez kamienny łuk i gdy mieliśmy już iść dalej postanowiliśmy się odwrócić i zrobić fajne zdjęcie owego łuku wtedy za nim na odległym końcu ścieżki ukazał nam się zaokrąglony budynek. Jak się później okazało była to Świątynia Diany.




Niestety była ona zamknięta tak jak większość drzwi, które zdążyliśmy minąć. Nie mniej jednak po tym jak usłyszeliśmy rozmowę przewodnika doszliśmy do wniosku, że nic w tej świątyni nie ma oprócz posągów. Gdy stanęło się na schodach świątyni naszym oczom ukazały się marmury z posągami w kształcie lwów a zaraz za nimi staw, był to naprawdę nieziemski widok. Zresztą co ja wam będę mówiła, przecież zobaczycie na zdjęciach i ocenicie sami.









Na samym końcu tej wycieczki, mogliśmy podziwiać pozostałości po tamtejszym starodawnym cyrku oraz Grobowiec Księżnej na Wyspie Topolowej. Ze względu na to iż był to początek wiosny mogłam również podziwiać przyrodę budzącą się do życia. Co było niezmiernie cudowne.











A teraz mała ciekawostka. Wiecie, że ten właśnie park w Arkadii należał do Heleny Radziwiłłowej?
Ja dowiedziałam się o tym stosunkowo niedawno. Ponadto został on stworzony na wzór stylu ogrodowego zwanego angielskim. Styl ten dotarł do nas w latach 70. XVIII wieku. Angielski styl zdecydowanie przeciwstawiał się sztuczności i regularności ogrodów barokowych.

Pierwsze ogrody w stylu angielskim powstały właśnie w okolicach Warszawy, spośród których wyróżniały się bogactwem założenia ogrody:
  1. Kazimierza Poniatowskiego na Solcu, Na książęcym i Na Górze.
  2. Izabeli Lubomirskiej w Mokotowie.
  3. Izabeli Czartoryskiej w Powązkach.
  4. Michała Poniatowskiego w Jabłonnie.
  5. Aleksandry Ogińskiej w Siedlcach.
  6. Szczęsnego Potockiego w Zofiówce za Humaniem na Ukrainie.
Około 1800 roku następuje zwrot księżny ku estetyce ogrodu romantycznego. W ten charakterystyczny dla epoki romantyzmu sposób Radziwiłłowa wprowadziła do swojego ogrodu zarówno baśniowość, jak i ludowość. To tyle jeśli chodzi o park w Arkadii.




Z racji tego, iż wracaliśmy z Arkadii dostatecznie wcześnie Arek postanowił pokazać mi stolicę z całkiem innej perspektywy. Mimo tego, że do Warszawy miałam niedaleko to nigdy nie byłam w niej w celu zwiedzania, tylko bardziej ze względu na zakupy z koleżankami. Więc sami rozumiecie, że było naprawdę fajnie móc zobaczyć Warszawę z całkiem innej strony niż dotychczas.






Zaraz po wjeździe do stolicy udaliśmy się do Łazienek Królewskich. Oniemiałam z wrażenia, najbardziej zachwycił mnie Pałac na wyspie skąpany w blasku słońca. Spotkałam tam nawet pawia lecz niestety nie dane było mi zobaczyć jego wspaniałego ogona, który ozdabiają pawie oczka, gdyż nie był to jego okres godowy i ogon miał zwinięty.

Kolejnym wspaniałym miejscem był widok z amfiteatru. Przepiękne drzewa skąpane w blasku słońca, które odbijały się w tafli wody równie mocno mnie zachwyciły. Niby nic a jednak coś. Wiecie, że Łazienki Królewskie podzielone są na poszczególne ogrody? Możecie tam znaleźć ogrody takie jak:
  • Ogród Królewski XVIII wieku.
  • Ogród Romantyczny XIX wieku. 
  • Ogród Modernistyczny XX wieku.
  • Ogród Chiński.






Stara Kordegarda

Ogród Królewski to najstarszy z wymienionych przeze mnie ogrodów. Został on założony w końcu XVII wieku w miejscu dawnego, podmokłego zwierzyńca. Ogród składa się z Amfiteatru, Pałacu na wyspie, z daleka ujrzeć można mostek kaskadowy, można tam spotkać dużo, różnych rzeźb, akurat moją uwagę przykuła rzeźba przedstawiająca Satyra z latarnią być może dlatego, iż przypominał mi on fauna z filmu "Opowieści z Narnii"

W pobliżu amfiteatru znajduje się łąka, a zaraz obok podziwiać można wyspę na stawie południowym górnym. Kolejnym punktem ogrodu, który równie przykuł moją uwagę była Promenada Królewska, bo nie wiem czy wiecie ale uwielbiam widok spokojnych, samotnych ławeczek wśród drzew. Ten widok jakoś mnie uspokaja.










Następnie mój mąż zabrał mnie pod pomnik Króla Jana III Sobieskiego skąpanego w promieniach słonecznych. Wiecie, że po raz drugi Arek pozwolił mi się wykazać i mogłam robić zdjęcia profesjonalnym aparatem? Także wszystkie zdjęcia robiłam sama. Mam nadzieję, że na niektóre niedogodności przymkniecie oko, gdyż robiłam takie zdjęcia dopiero drugi raz w życiu. O tym jak pierwszy raz robiłam zdjęcia przeczytacie właśnie w tym poście KLIK.

Następnym budynkiem, którym się zachwyciłam był Pałac Myślewicki. Ta przepiękna architektura i białe ściany po prostu powaliły mnie niemalże na kolana. A do tego te przepiękne rzeźby w postaci Aniołów po prostu nie pozwoliły przejść koło tego wszystkiego obojętnie. Zawitaliśmy również do ogrodu geometrycznego przy Starej Oranżerii, w samej Oranżerii niestety nie byliśmy gdyż była jeszcze zamknięta. Warto również pamiętać, że fenomen Ogrodów w Łazienkach polega na trafnym połączeniu przez króla Stanisława Augusta tradycji ogrodu francuskiego z angielską stylistyką krajobrazową. 

















Natomiast ogród, który sąsiaduje z Belwederem nazwany został ogrodem romantycznym, nawiązuje on do angielskich parków krajobrazowych z fragmentami stylów Beautiful i Picturesque. Idąc ścieżką na prawie samym jej końcu zaraz po minięciu mostku na Stawie Belwederskim naszym oczom ukazała się Świątynia Egipska, którą defakto zasłaniały gałęzie powoli kwitnących już drzew. Lecz mimo to nadal otulała mnie magia tychże ogrodów.

Pozostały teren tego właśnie ogrodu to wijące się nieregularne ścieżki i alejki. Od południa w II połowie XIX wieku na granicy ogrodu założono gospodarstwo ogrodnicze, a przy Drodze Chińskiej wybudowano Nową Oranżerię. Służyła ona do przechowywania kolekcji roślin egzotycznych.






Przejdźmy może teraz do Ogrodu Modernistycznego, który położony jest w południowej części Łazienek, wzdłuż Alei Chińskiej. Jednak zaznaczyć trzeba również to, że w zachodniej części parku, w pobliżu pomnika Fryderyka Chopina również widać Modernizm.

Modernizm – ogólne określenie prądów w architekturze światowej rozwijających się w latach ok. 1918-1975, zakładających całkowite odejście nie tylko od stylów historycznych, ale również od wszelkiej stylizacji. Architektura modernistyczna opierała się w założeniu na nowej metodzie twórczej, wywodzącej formę, funkcję i konstrukcję budynku niemal wyłącznie z istniejących uwarunkowań materialnych. (Źródło: Wikipedia)

A Ogród ten różni się od innych rozplanowaniem, kompozycją oraz doborem gatunków roślin. Łatwo dostrzec w nim zwielokrotnione kwadraty, koła oraz punkty podkreślające ważne miejsca w ogrodzie. Takim miejscem jest, np. ogród wokół pomnika Chopina. Znajduje się w nim zarówno część geometryczna jak i naturalistyczna. W części geometrycznej znajdziemy pomnik Jutrzenki. Latem przy pomniku Fryderyka odbywają się koncerty Chopinowskie, na które można przybyć z całą rodziną i wsłuchać się w dane melodie bez pamięci.










Ostatnim ogrodem, o którym chciałabym wam opowiedzieć jest Ogród Chiński, który położony jest w północnej, naturalistycznej części Łazienek Królewskich. Nowy Ogród Chiński otwarty został w 2014 roku. W powstawaniu tej części Łazienek pomagali chińscy architekci z Muzeum Księcia Gonga w Pekinie.

Znajduje się w nim przepiękna altanka z chińskimi motywami, siedząc w niej i spoglądając w dół można dostrzec własne oblicze odbijające się w tafli wody. Zaraz koło altanki znajduje się biały mostek również stylem przypominający styl chiński. Pod tym mostkiem płynie staw, co dodatkowo sprawiło iż poczułam się jakbym była w krainie baśni. Niedaleko altanki znajduje się również pawilon z przepięknymi lampionami chińskimi powieszonymi pod sufitem, a między altanką a pawilonem postawione zostały cudowne latarnie. Warto także zwrócić uwagę stojące u wejścia ogrodu dwa posągi lwów, które Muzeum Rezydencji Księcia Gonga podarowało Łazienkom Królewskim. Lwy te symbolizują dostatek i bogactwo.












Gdy mieliśmy wracać już do domu udało mi się jeszcze namówić Arka byśmy pojechali do parku skaryszewskiego. Akurat zdążyliśmy na przepiękny zachód słońca, przytuleni do siebie i trzymając się za ręce wyznaliśmy sobie miłość, chciałam zobaczyć jeszcze wodospad lecz niestety woda była wtedy wyłączona, a po za tym powoli zmierzchało więc nie było nawet sensu robić zdjęć, gdyż nie byłoby zwyczajnie nic widać.





Zmęczeni ale za to szczęśliwi powoli zmierzaliśmy w stronę domu. Wycieczka była jak najbardziej udana. Dodam jeszcze tylko, że nie obyło się bez wizyty w McDonald's ponieważ byliśmy mega głodni. A i muszę wam zdradzić sekret. A mianowicie taki iż dostaliśmy szklanki w McDonald's.


Chciałabym bardzo podziękować mu za tak wspaniałą wycieczkę oraz za to że jak najwięcej chce mi pokazać. Również rodzicom należą się podziękowania, bo przecież gdyby nie oni to nie mielibyśmy z kim zostawić małej i o wycieczce nie byłoby nawet mowy. Cieszę się również z tego, iż mąż dalej szkoli mnie w fotografii co daje mi mnóstwo radości. Oczywiście również wam chciałabym podziękować za to, że jesteście ze mną i czytacie moje wpisy! Dziękuje jesteście wielcy!

P.S.  Jedno wiemy na pewno, a mianowicie to, że każde z tych miejsc odwiedzimy jeszcze raz, dlatego gdyż tak jak wspominałam byliśmy tam wczesną wiosną więc dopiero wszystko budziło się do życia. A jesteśmy bardzo ciekawi tego jak te miejsca wyglądają w pełnej roślinnej okazałości. Muszę przyznać, że były to najlepsze urodziny jakie kiedykolwiek miałam!

Copyright © 2016 Cały świat patrzy... , Blogger