czwartek, 25 maja 2017

Werther's Original Soft Caramels - Wrażenia po zostaniu ambasadorką cukierków.

Werther's Original Soft Caramels - Wrażenia po zostaniu ambasadorką cukierków.
Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę reklamować na blogu cukierki ale stało się i nie żałuje. Zapraszam was na kolejny post. Tym razem jest to słodki post.


Zacznę może od początku. Od niedawna obserwuje bloga Ani i właśnie na jej blogu trafiłam na wpis, w którym opowiadała o darmowych okazjach. Czyli jak zgarnąć za darmo: przejazdy, kosmetyki, noclegi i inne... Tekst Ani podlinkuje wam TUTAJ.

Po przeczytaniu tekstu, który wam podlinkowałam postanowiłam zarejestrować się na stronie www.rekomenduj.to i tam co jakiś czas pojawiają się różne kampanie. Skrupulatnie wypełniałam interesujące mnie ankiety, dotyczące danej kampanii.

Pewnego dnia dostałam informację na e-maila, że dostałam się do kampanii i tym samym zostałam ambasadorką karmelowych cukierków Werther's Original Soft Caramel. Następnie po kilku dniach przyszła do mnie kurierem paczka. Na samym początku myślałam, że będzie to jedno albo dwa opakowania cukierków. Więc niemałe było moje zaskoczenie gdy wzięłam paczkę do ręki, która okazała się być wbrew pozorom ciężka.


Zastanawiałam się nawet czy nie wrzucili tam czegoś ciężkiego, np kubka. Gdy otworzyłam już paczkę moim oczom ukazało się kilkanaście opakowań tychże cukierków. Dodatkowo dostałam przewodnik ambasadora, list od zespołu z rekomenduj.to oraz karteczkę z przepisem na polewę do ciasta(przepis podam wam na końcu). Rekomenduj.to i Werther's Original ma też dla was konkurs(również napiszę o tym na końcu).



Wielkość tych paczek była różna. Jedne były w formie dropsa, a drugie zapakowane były w torebkę. Powiem wam, że na początku myślałam, iż te cukierki będą przypominały tradycyjne "krówki" czyli będą twarde, ciągnące się, kruche, zwane "mordo klejkami", a sami dobrze  wiemy, że krówki zrobione są z mleka, cukru i masła.

Więc moje zdziwienie po zjedzeniu jednego z tych cukierków było ogromne, gdyż  w ogóle nie przypominają one "krówek". Werther' s Original Soft Caramels zrobione zostały tylko i wyłącznie z prawdziwego masła i świeżej śmietanki. Dodatkowo są one wciągająco miękkie i delikatne oraz mają wspaniały, bogaty karmelowy smak, który przenosi nas do czasów dzieciństwa.



Muszę wam jednak powiedzieć, że w jednej kwestii Werther's Original jednak przypominają "krówki", a mianowicie w takiej, że też są to tak zwane "mordoklejki". Muszę jednak dodać, że gdy spróbujecie słodkości które oferuje wam Werther's Original, to nie będziecie mogli się im oprzeć i być może na jakiś czas odstawicie na bok inne słodycze. Tym wpisem chciałabym również zachęcić was do rejestrowania się na tego typu stronach i brania udziału w kampaniach, bo jak sami widzicie naprawdę warto. Nie poddawajcie się gdy za pierwszym razem nie dostaniecie się do danej kampanii, bo być może uda wam się w kolejnej.



Teraz przyszedł czas na konkurs, który ma dla was Rekomenduj.to i Werther's Original. Zasady polegają na tym by:
1. Stworzyć swój własny, niepowtarzalny przepis z wykorzystaniem tych że cukierków.
2. Następnie należy zrobić zdjęcie na którym pokażecie swój słodki przepis.
3. Później wstawcie je na instagrama z hasztagiem #mojswiatkarmelu.

Do wygrania jest Robot Kuchenny KitchenAid lub 1 z 50 słodkich niespodzianek! Konkurs trwa od 15.05 do 16.06.2017. Życzę wam POWODZENIA! PS. W przypadku wygranej dzięki mojemu wpisowi oznaczcie mnie na zdjęciu lub jeśli zrobicie przepis po przeczytaniu mojego postu to też mnie oznaczcie. Dziękuję!
Zajrzyjcie również na www.swiatkarmelu.pl



A teraz obiecany przepis!

Karmelowa polewa do ciasta.

składniki:
* 1 opakowanie cukierków Werther's Original w torebce.
* mleko
* sól morska(jeśli chcecie uzyskać smak słonego karmelu)

Wykonanie:
Do miseczki wsyp cukierki, dodaj pół łyżeczki soli morskiej i 3 łyżeczki mleka. Następnie rozpuść na wolnym ogniu cały czas mieszając do uzyskania jednolitej konsystencji. Do rozpuszczenia składników możesz też użyć mikrofalówki. Podgrzewaj je przez 1 minutę.

Smacznego!



czwartek, 4 maja 2017

Nigdy nie jest za późno na naukę! - Warsztaty z komunikacji interpersonalnej.

Nigdy nie jest za późno na naukę! - Warsztaty z komunikacji interpersonalnej.
27 kwietnia miałam okazję uczestniczyć w warsztatach, których motywem przewodnim była komunikacja interpersonalna. Na tych zajęciach można było dowiedzieć się, co należy zrobić, aby sprawnie i dobrze komunikować się z innymi ludźmi. Chciałabym podzielić się z wami zdobytą przeze mnie wiedzą na ten temat.

Niestety ja, jak to zabiegana mama, byłam już spóźniona, aczkolwiek nie była to też do końca moja wina… Organizator, gdy do mnie dzwonił to ustalał ze mną, że warsztat zaczyna się o godzinie 18, a jak przyszło co do czego to okazało się, że takowe spotkanie już trwa i zaczęło się o 17:15. To spotkanie odbywało się w Przasnyszu, w budynku, w którym znajduje się również kino.

Mimo tego, iż byłam lekko spóźniona, dowiedziałam się, że aby komunikacja interpersonalna była aktywna to potrzebny jest nam KOD - czyli sposób przekazu tej informacji – obraz, gest, słowo etc.

Ale może najpierw wyjaśnijmy sobie, co to w ogóle jest ta cała komunikacja interpersonalna? Komunikacja interpersonalna to nic innego jak umiejętność nawiązania i podtrzymania rozmowy, lecz to nie wszystko. Takowa komunikacja to też psychologiczny proces, dzięki któremu przekazujemy i otrzymujemy informacje w bezpośrednim kontakcie z drugą osobą tzn. twarzą w twarz.

Aby nastąpił proces komunikacji muszą zaistnieć trzy ogniwa komunikacji:

  • nadawca, czyli osoba, która przesyła określoną informację;
  • odbiorca, czyli osoba, do której daną informację kierujemy;
  • oraz kod, o którym wspomniałam wam już nieco wyżej.


Następnie dowiedziałam się, żeby komunikacja miała jakikolwiek sens to trzeba najpierw nauczyć się: słuchać, czyli zadawać pytania, parafrazować to, co ktoś do nas mówi. A po drugie, po prostu chcieć słuchać, co dana osoba ma do powiedzenia. To, czy dana osoba będzie chciała z nami rozmawiać nie zależy tylko od tego czy umiemy słuchać i czy w ogóle chcemy to robić. Zależy to również od tego, jak to robimy, tzn.:
  1. Czy podczas rozmowy patrzymy na daną osobę, czy raczej spoglądamy w innym kierunku, jakbyśmy mówili do kogoś, kto stoi za nami lub stoi z boku. 
  2.  Czy mówimy za szybko, za wolno, a może jąkamy się.
  3.  Czy mówimy ze zrozumieniem.
  4.   i wiele innych.

Jeżeli chodzi o dzieci to podczas rozmowy z nimi trzeba im dawać jasny komunikat i powtarzać go niezmiennie, aż do skutku. Podany komunikat powtarzany aż do skutku nazywamy zdartą płytą. Dlaczego akurat tak? Pamiętacie czasy, gdy były jeszcze gramofony? Gdy wkładaliście porysowaną płytę do gramofonu to ona zaczęła się zacinać i krążyć w jednym miejscu powtarzając te same słowa. To samo jest z komunikatami, które wysyłamy do dziecka.

Dlaczego należy dawać jasny komunikat i trzymać się go? A no dlatego, że gdy wejdziemy z dzieckiem w dyskusje to dziecko nie wykona tego, o co go prosiliśmy, a dodatkowo zachęcimy dziecko do niepotrzebnej w danej chwili konwersacji. Chcecie przykład?

Przykład 1. Wejście z dzieckiem w dyskusję, która sprawia, że tracimy autorytet i dziecko może coś „ugrać”. 
Mama: Jasiu, odrób lekcje.
Jaś: Mamo, ale mi się nie chce.
Mama: A dlaczego Ci się nie chce?
Jaś: Jestem zmęczony po treningu.

Mogłabym tak pisać w nieskończoność. Dziecko widzi w ten sposób, że może mamę zagadać wyprowadzając ją na manowce. Wchodząc w niepotrzebną w tej chwili rozmowę z dzieckiem jest szansa, że mama najprawdopodobniej zdążyła już zapomnieć o tym, że kazała synowi odrobić lekcje.

Przykład 2. Zasada zdartej płyty
Mama: Jasiu, odrób lekcje. 
Jasiu: Mamo, ale mi się nie chce.
Mama: Jasiu wiem, że nie masz ochoty, ale idź odrób lekcje.
Jasiu: Mamo, ale później, teraz wolę pograć.
Mama: Wiem, że wolisz pograć, ale idź odrób lekcje.
Jasiu: No dobrze już idę.

Widzicie, w tym przykładzie mama jest nieugięta. W ten sposób również pozwalamy na to, by naszemu dziecku skończyły się argumenty, aby przesunąć odrabianie lekcji na później. I po pewnym czasie po prostu z braku pomysłów poddaje się i faktycznie idzie i odrabia zadania domowe.


Teraz wyobraźcie sobie, że jesteście na kursie, na którym prowadzący pstryka pisakiem w ręce, ale boicie się powiedzieć mu, aby przestał. Mimo, że strasznie was to wkurza. Później idziecie do domu i staracie się to odreagować. Jak zwrócić komuś uwagę sugestywnie, ale tak, aby ta osoba się nie obraziła?

W komunikacji interpersonalnej jest coś takiego jak cztery stopnie. Jest to rodzaj prośby, by dana osoba przestała robić coś, co nam przeszkadza.

Na 4 stopnie składają się:

* poinformowanie osoby, że coś nam przeszkadza;
* wyrażenie emocji;
* przywołanie zaplecza;
* realizacja zaplecza.

Przykład:

Przepraszam, ale czy mógłby Pan przestać bawić się tym pisakiem? (Dana osoba nadal bawi się pisakiem)

Przepraszam bardzo, ale czy nie prosiłam Pana, aby przestał Pan bawić się tym pisakiem? Bardzo mnie to wkurza. (Dana osoba nadal bawi się pisakiem)

Jeśli nie przestanie Pan bawić się tym pisakiem to ja stąd wyjdę, gdyż nie mam zamiaru tego słuchać. (Nadal ta osoba bawi się pisakiem)

(Po prostu wstała i wyszła)

Widzicie? Najpierw kobieta poinformowała daną osobę, by nie bawiła się pisakiem, lecz ta osoba nic sobie z tego nie robiła i nadal się nim bawiła. Więc kobieta tym razem powiedziała to w taki sposób, aby słychać było w jej głosie emocje. Ale to również nie poskutkowało. Więc postanowiła przywołać zaplecze w postaci komunikatu, że jeśli nie przestanie to po prostu wyjdzie. Gdy to nadal nie skutkowało, po prostu wyszła z zajęć w ten sposób realizując swoje zaplecze. Czyż nie jest to o wiele prostsze niż duszenie tego w sobie, a następnie wyładowanie na kimś zupełnie niewinnym?


Kolejna sytuacja to taka, gdy mieszkamy z mężem, a on każdego dnia wracając z pracy nie postawi butów na miejsce tylko rozrzuci je w przedpokoju. Nie należy wtedy reagować agresją i wyjeżdżać z pretensjami tylko zastosować komunikat potocznie zwany „komunikat Ja”.

Przykład: Kiedy Ty wracasz z pracy i rozrzucasz te buty. To ja czuje się niedoceniana. A chciałabym, byś mnie doceniał. I dlatego proszę o to, abyś ustawiał buty na swoje miejsce.


Ostatnią rzeczą, którą chciałabym wam przekazać są słówka, których nie powinniśmy używać podczas przekazywania komunikatów ani podczas rozmowy.

A są to słowa takie jak:

  • Nigdy
  • Zawsze
  • Wszyscy (jest kilkaset milionów ludzi na tym świecie, więc to proste, że nie "wszyscy" są tacy sami)
  • Nikt (jest kilkaset milionów ludzi na tym świecie, więc to proste, że "nikt" nie zrobi tego lepiej niż Ty)
  • Muszę (przecież nic nie musisz)
  • Nie da się ( nie wszystko się da, ale można dążyć do tego, aby jednak się udało osiągnąć dany cel)



Nie jest to zbyt bogata wiedza ale mam nadzieję, że jednak na coś wam się przyda. Zachęcam was również do brania udziału w takich warsztatach, gdyż naprawdę warto. Lecz taka moja mała uwaga, gdy już się umawiacie z organizatorem, że jednak przyjdziecie to sami upewnijcie się, że podał wam prawidłową datę oraz godzinę spotkania.


Jak wam się podoba ten wpis? Jest on napisany zrozumiale dla was? Jak wy odnajdujecie się w takich tematach? Zapraszam do dyskusji na ten temat w komentarzach pod postem. Pozdrawiam!

niedziela, 9 kwietnia 2017

Aktywne spędzanie czasu z rodziną - wycieczka do lasu.

Aktywne spędzanie czasu z rodziną - wycieczka do lasu.
Odkąd Lili się urodziła, staramy się z mężem spędzać aktywnie i rodzinnie czas na dworze, ponieważ wiemy jak ważne jest świeże powietrze dla naszej córeczki i jak dobrze to wpływa na jej rozwój.

Niestety, mieliśmy stary samochód, który postanowił momentami płatać nam figle, co uniemożliwiło nam wybierać się zarówno na krótkie, jak i długie wycieczki, a dodatkowo  mała urodziła się na koniec sierpnia, więc nie mieliśmy za dużo ciepłych dni.



Przed samymi świętami (O naszych świętach pisałam tutaj), kiedy nasze stare auto całkiem się zbuntowało, postanowiliśmy wymienić je na nowe, mimo iż mój ukochany strasznie się do niego przywiązał.  W sumie to nie dziwię mu się,  bo miał  go ponad 8 lat. No i dodatkowo wiedzieliśmy, że musimy kupić większy, ponieważ wsadzanie Lili w fotelik do tego małego autka to była niestety wyższa szkoła jazdy, nie wspominając już o większym bagażu, a co dopiero o wózku.

Nasze stare auto.

Po kilku miesiącach przeglądania sporej ilości samochodów, które są na rynku, postawiliśmy na samochód z firmy, z której mój ukochany mąż miał możliwość testowania. Chodzi mianowicie o samochody marki Skoda.

Nowe auto, nowe możliwości!

Wiedzieliśmy jedno. Nasz samochód ma być niezbyt duży ale przestronny, bezpieczny i musi mieć w miarę duży bagażnik. Postawiliśmy na Skodę Octavia II i nie żałujemy. Ale nie o tym miał być dzisiejszy wpis.


Motoryzacyjna zmiana. 

Miał być raczej o tym, że jak już wymieniliśmy to auto, to nasze weekendy odżyły. Nie ograniczaliśmy się już tylko do spacerów z córeczką po Przasnyszu. Nie jest to co prawda moje miejsce na ziemi, ale Arek się w nim wychował i wcale to miasto nie jest takie złe. 

Pierwszą naszą wyprawą, jak mogliście zauważyć na instagramie lub facebooku, była wycieczka do lasu położonego blisko Zalewu w Karwaczu. Było to 4. marca, czyli tak naprawdę wczesną wiosną, kiedy to świat dopiero budził się do życia, by zaraz potem dać nam przepiękne, słoneczne dni oraz wysoką temperaturę. 

Uwielbiam wyprawy do lasu zwłaszcza z rodziną. Ten swoisty zapach, szum wiatru pośród drzew sprawia, że wszystkie troski odchodzą gdzieś daleko. Nie myślę o tym co będzie, tylko autentycznie się wyłączam jakby problemy przestały istnieć. 

Lili uwielbia trzymać mnie za rękę podczas podróży.







Pamiętam, że był to piękny słoneczny dzień, aczkolwiek czuć było lekki, chłodny wiatr muskający nasze twarze. Domyślam się, że Lilusi też było to bardzo potrzebne, gdyż cały spacerek praktycznie przespała. 

Jej buziulka nabrała kolorków dzięki promieniom słonecznym, a świeże powietrze, które było wolne od spalin i tego "smogu" poprawiło nam wszystkim samopoczucie, lepiej nam się oddychało. Chciało się tam zostać jak najdłużej. 





Zaraz obok lasu jest Zalew Morawka. Również wbrew pozorom jest to przepiękne miejsce, tylko trzeba umieć to dostrzec.  Uwielbiam gdy słońce odbija się w tafli wody, akurat wtedy było tak ciepło, że ludzie przyjechali połowić sobie ryby. Z tego co wiem to dobrze brały.










Lili też była zafascynowana tym co się wokół niej dzieje. Cieszę się gdy widzę, że mała coraz bardziej jest wszystkim zainteresowana, taka poważna i skupiona. Dziękuję mojemu skarbowi za to, iż już od małego możemy pokazywać Liliance jak piękny jest ten świat, mimo iż ludzie nie są już tacy wspaniali i psują go. Mam nadzieję, że za bardzo go nie zniszczą. 


Uwielbiam podróżować i odkrywać nowe miejsca, podobnie jest z Arkiem i mam nadzieję, że w naszej córeczce też uda nam się zaszczepić tę pasję. Już widzimy, jak Lili zachowuje się podczas jazdy autem. Po prostu bardzo to lubi. 

Wychodźcie z dziećmi na spacery i zabierajcie je w różne fajne, ciekawe miejsca bo wiem, iż jest im to bardzo potrzebne. Chociażby taka mała wyprawa do lasu, niby nic, a jednak dużo znaczy dla takich małych szkrabów. Pozwólcie im podziwiać i poznawać piękno natury, która nas otacza.

Przepiękny widok z Osowieckiej Góry.





A przede wszystkim chciałabym zaapelować do wszystkich. Kochani nie niszczmy tylko pielęgnujmy przyrodę, którą się otaczamy! Bo jak dalej będziemy śmiecić to w końcu nie uratujemy tej przyrody, a nasze dzieciaczki nie będą miały świeżego powietrza do oddychania, a co za tym idzie? Więcej chorób, więcej smogu, więcej spalin i nie będzie czym oddychać. A chyba tego byśmy nie chcieli.

A jak jest u was? Często podróżujecie gdzieś z dziećmi? Jakie miejsca najczęściej wybieracie? Podzielcie się tym ze mną w komentarzach pod postem, chętnie się z tym zapoznam.

niedziela, 26 marca 2017

Tegoroczne Walentynki - zwyczajne a może jednak inne.

Tegoroczne Walentynki - zwyczajne a może jednak inne.
W tym roku walentynki były zwyczajne a jednocześnie takie inne. Byłby to dzień jak co dzień, gdyby nie to, iż wpadłam na pomysł, aby zrobić rodzinie niespodziankę. Od samego rana chodziłam i myślałam jak sprawić swoim najbliższym radość w ten magiczny dzień.



Postanowiłam, że pierwsze co zrobię to pójdę na zakupy i przyrządzę pyszny obiad. Nawet Teść nie wiedział co to będzie, mimo iż znał mniej więcej składniki. Nie udałoby się to, gdyby nie fakt, ze Lili akurat spała, a dziadek postanowił, że się nią zajmie.

Zaraz po wyjściu na zakupy, uzmysłowiłam sobie, że przecież nie mam dla moich bliskich żadnego prezentu. Zrobiło mi się w duchu głupio i stwierdziłam, że koniecznie muszę coś z tym zrobić. Udając się do Biedronki byłam pełna optymizmu, ponieważ każdy wie, iż w tym właśnie sklepie zawsze jest pełen kosz różnych fajnych gadżetów związanych z danym świętem.


Niestety pomyliłam się, nie było kompletnie nic. Przecież mężowi, który jest dobrze po trzydziestce nie kupię misia z serduszkiem. Nie było nawet walentynek ani głupiego lizaka w kształcie serca. No po prostu załamałam się. Na domiar złego zrobili promocję na piersi z kurczaka, więc wszystkie nagle wyfrunęły, co mnie akurat nie zdziwiło. Kupiłam wiec to, co miałam i pospiesznie poszłam w kierunku innego sklepu, który jest bliżej domu.

No i eureka, opłacało się. Dostałam mięso i nawet lizaki w kształcie serduszek. Mniejsze serduszka były dla dziadków od Lilusi, a większe serce było dla mojego męża. Tak szczerze mówiąc to nie spodziewałam się, że cokolwiek od męża dostanę, gdyż kończył on późno pracę i jeszcze był załatwiać pewne sprawy. Jak się później okazało, jednak pamiętał o Dniu Zakochanych i podarował mi przepiękny bukiet z czerwonych tulipanów.


Jeśli chodzi o obiad to akurat byłam na finiszu. Kiedy wszyscy usiedli do stołu i zjedli już pierwsze danie, nagle oniemieli. Na każdym talerzu, który postawiłam, były usmażone piersi z kurczaka w kształcie serc, dwa igloo z ziemniaków, a dodatkowo ćwiartki pomidorka.


Wszyscy zgodnie stwierdzili, że niespodzianka się udała. Następnie Lili wręczyła lizaki, więc dodatkowo zaplusowałyśmy.  Później nasza córeczka poszła spać, więc miałam czas na wieczór z Arkiem, który spędziliśmy na oglądaniu "Pięćdziesięciu twarzy Greya".


A jeśli chodzi o początek mojego wpisu, to te walentynki były inne nie dlatego, że Arek wrócił późno do domu, czy dlatego, iż dostałam kwiatki. Były inne, ponieważ miałam przy sobie dwie najwspanialsze Walentynki na świecie, dzięki którym uśmiecham się codziennie każdego dnia.



Nie wiem jak u Was ale akurat ja nie mogę narzekać, gdyż tak naprawdę odkąd wyszłam za mąż i stałam się również mamą, swoje święto zakochanych obchodzę codziennie. Bez względu na to, czy jest to święto całego świata, czy nie. Po prostu mam takie okazje codziennie i dziękuję za to temu Panu, co siedzi na górze i czuwa nad nami.

Te przepiękne tulipany dostałam od Męża! <3


A Wy co sądzicie o walentynkach? Jak u was wyglądało Święto Zakochanych?
Copyright © 2016 Cały świat patrzy... , Blogger